Czy tak wyglądałby krajobraz po nuklearnej zagładzie? Wielu scenarzystów i reżyserów próbowało przedstawiać swoje wizje. Na szczęście zawsze była to tylko literacka fikcja. Ale i rzeczywistość nie da się zatrzeć w pamięci. Atomowy atak na Hiroszimę i Nagasaki jest bolesnym historycznym faktem, a „zimna wojna” pomiędzy Wschodem a Zachodem dopuszczała każdy scenariusz.
Dwadzieścia kilometrów od Opola, w środku gęstego lasu, dziś jeszcze można natknąć się na relikt dawnej epoki. Tajny nuklearny bunkier w Beznatce niedaleko Szumiradu miał uratować przed „atomem” pierwszego sekretarza, rząd i najważniejszych ludzi w państwie. To z myślą o nich urządzono trzy podziemnie kondygnacje, do wybudowania których użyto 40 tysięcy ton betonu…
DAWNO, DAWNO TEMU… w pewien wrześniowy poranek 1952 roku.
Ten dzień rozpoczął się dla rodziny Nowaków każdy inny. Ich gospodarstwo często odwiedzali różni ludzie. Czasami sąsiedzi, czasami przygodni podróżni a czasami miastowi w poszukiwaniu świeżego mięsa i jajek.. Jednakże dżentelmeni, którzy odwiedzili Norberta Nowaka w ten kwietniowy poranek, nie chcieli kupić jabłek ani nawet kobiałki jajek. Przedstawiciele sowieckiej armii gospodarzowi farmerowi propozycję nie do odrzucenia. Pod bardzo konkretną groźbą utraty wolności zażądali, by nikt z rodziny Nowaków czy ich gości nigdy więcej nie chodził drogą, przylegającą od wschodniej strony do gospodarstwa.
WIELKA DZIURA W ZIEMI
Prace nad budową bunkra rozpoczęto w październiku 1952 roku a w już zaledwie 7 miesięcy później, w maju 1953 roku, był w pełni przygotowany do pełnienia swoich funkcji obronnych. – Przyjechały buldożery i niewielki wzgórek na środku pola najpierw zrównały z ziemią - opowiada Wilhelm Nowak.. – Gospodarstwem zajmował się wtedy mój tato. Oczywiście był ciekaw, co tam się dzieje? Pewnego dnia wspiął się niepostrzeżenie na usypaną przed koparki ziemię i w dole zobaczył olbrzymią dziurę w ziemi. A w niej, jak mrówki, uwijało się tysiące ludzi. Trwało to tylko chwilę, bo zaraz dostrzegł go wartownik. Ojciec musiał stamtąd prędko uciekać i udawać, że go tam nigdy nie było.
Dzisiaj szczegóły dotyczące budowy bunkra wciąż są tajne, choć przy odrobinie dociekliwości można dotrzeć do dawnych planów. Najpierw wykopano dół, głęboki na 40 metrów. Jego dno wyłożono 6-metrową warstwą żwiru. Żwir miał absorbować wilgoć. Potem zaczęto stawiać ściany bunkra, grube na 3 metry. Betoniarki pracowały nieprzerwanie dzień i noc, 24 godziny na dobę, by przerobić tę ogromną ilość surowca. Gdy już wlano w ściany 40 tysięcy ton betonu, bunkier obudowano jeszcze warstwą cegieł i opleciono pajęczyną kabli, tworząc Klatkę Faradaya, czyli przestrzeń pozbawioną pola elektromagnetycznego. Umocowano dach metalem a całość zamaskowano ziemią. Pagórek był może trochę wyższy niż pół roku wcześniej, ale nie wzbudzał wielkich podejrzeń. Patrząc na to wzgórze nawet nie można się było domyśleć, że pod 6-metrową warstwą ziemi kryje się 3-kondygnacyjny, liczący 2 500 metrów kwadratowych bunkier. Jedyne, co mogło budzić militarne skojarzenia to wystrzelający w niebo na kilkadziesiąt metrów maszt radiowo - telegraficzny
TAJNE PRZEZ POUFNE
Gdy bankier wybudowano, „zimna wojna” trwała w najlepsze. Amerykanie mieli „atom” Rosjanie właśnie nad nim pracowali i nie zamierzali lekceważyć możliwości rozpętania wojny atomowej, szczególnie mając w pamięci Hiroszimę i Nagasaki, ale konflikt wydawał się odległy. Obok bunkra, z drugiej strony, zaczęto budować wyrzutnię rakiet. Usytuowany niedaleko bunkier miał być najbardziej bezpiecznym miejscem w Polsce. Zakładano, że w tym „bezpiecznym” miejscu przez 3 miesiące będzie mogło przeżyć 600 osób. Te osoby to oczywiście ówcześni członkowie partii i rządu, przedstawiciele najważniejszych ministerstw, naukowy. Garstka wybrańców, których trzeba było uchronić przed zagładą, by mogli rządzić i ewentualnie odbudować zniszczone wybuchem państwo. Jeżeli oczywiście byłoby, co odbudowywać…
CO ZOSTAŁO Z TAMTYCH LAT
Krętą drogą wjeżdża się w las. Na jej końcu, z jednej strony rozpościera się zielony pagórek a z drugiej widać tylko gęsto rosnące drzewa. Trzeba w nie wejść, by wąską ścieżką, po kilku minutach marszu, dojść do celu. Ale co to? Nie bunkier przecież a zwykły domek, jak wiele innych w okolicy. Jednak nic bardziej mylącego, bo ten wiejski „domek”, będący w rzeczywistości swoistą wartownią, ma ściany grube prawie na metr, okna wzmacniane stalą i ciężkie, odporne na wybuchy drzwi, którymi kilka nieświadomych ich wagi osób przytrzasnęło już sobie palce.
TUNEL
Zdaniem budowniczych bunkra właśnie najniższy jego poziom powinien być najbezpieczniejszy, najbardziej odporny na wybuch. Dlatego tutaj właśnie mieszczą się „serce i mózg” całego systemu. Serce to olbrzymie generatory, mające zapewnić energię, zaopatrzone w taką ilość paliwa, by wystarczyła, co najmniej na 3 miesiące. Mózg mieści się kilkanaście metrów dalej. To pokoje, z których dowództwo armii miało prowadzić wojnę. Główny punkt dowodzenia, gdzie na wielkich poprzecznych szklanych ścianach kreślono przyszłe operacje militarne. Pomimo, iż bunkier jest Klatką Faradaya, wymyślne urządzenia miały zapewnić kontakt pomiędzy innymi bunkrami, usytuowanymi w różnych miejscach na ziemi. Przewidywano też komunikację ze światem zewnętrznym, dlatego też w bunkrze do dziś stoi całkowicie wyposażone studio radiowe.
Na ten najbezpieczniejszy, pierwszy poziom, prowadzi ponad 100-metrowy tuner, zabezpieczony z dwóch stron antywybuchowymi, ważącymi półtorej tony drzwiami z blachy pancernej. A jako, że w bunkrze miało zamieszkać około 600 osób, to właśnie w tym korytarzu – tunelu zawieszono na ścianach rząd trzypiętrowych pryczy, by dla każdego ocalałego znalazło się miejsce do spania, nawet jeżeli musiałby je dzielić i innymi.
PIERWSZE PIĘTRO
Miało stanowić główną kwaterę rządu. Zadbano o oddzielne pomieszczenie dla pierwszego sekretarza, premiera i stanowiska dla poszczególnych ministerstw oraz partyjnych bonzów. To stąd, z wielkiej hali pełnej maszyn do pisania i dalekopisów, miały biec na cały kraj kryzysowe rozporządzenia.
DRUGIE PIĘTRO
Podczas gdy dwa dolne piętra przystosowano do pracy w tych ekstremalnych warunkach, najwyższe piętro miało być namiastką normalnego, choć nie do końca rodzinnego życia. Tam mieściły się sypialnie, z ciasno upchanymi, jedno metr od drugiego, piętrowymi łóżkami. Oczywiście ci najwyżej stojący w hierarchii partyjnej i państwowej mieli swoje własne pokoje, z własnym łóżkiem, fotelem i czerwonym telefonem na nocnej szafce.. Na tym samym piętrze urządzono nowoczesny gabinet medyczny. Zaopatrzono go nie tylko w wszelki sprzęt do ratowania życia, ale także w sporą ilość trumien, bo przecież byłby to czas wojny a na wojnie zawsze są ofiary. Było więc gdzie się umyć, głowę do snu złożyć a także zjeść, bo na tym piętrze wybudowano kantynę.
KOMU BUNKIER, KOMU?
Po tym jak w 1989 roku odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory a kilka miesięcy później runął symbol „zimniej wojny”, czyli mur berliński, władze uznały, że atomowy bunkier to zbędny wydatek. Utrzymywano go jeszcze do 1992 roku, ale była to dość kosztowna inwestycja, szło na nią bowiem z kieszeni podatnika 6 milionów złotych rocznie. Tyle pieniędzy trzeba było przeznaczyć na konserwację i utrzymywanie w bunkra w pełnej gotowości. Wreszcie, w 1994 rząd uznał, że zagrożenie atomową wojną odeszło w przeszłość. Ciągle jeszcze jednak wokół lasów w okolicach Szumiradu wiszą tabliczki – teren wojskowy – wstęp surowo wzbroniony. Jedyne co, to Smolnikowie mogą już spokojnie chodzić drogą, tą po wschodniej stronie ich gospodarstwa.



















