Potem dorabiamy do tego racjonalizację, na zasadzie: niech umysł też coś dla siebie ma. Widocznie poczułam, że ten projekt nie może ruszyć bez mojej skromnej osoby, więc się zgłosiłam. Ponieważ jednak mój racjonalny umysł się wahał, uczyniłam to w ostatniej chwili. A to wszystko przez to, że cały projekt miał być nagłaśniany w mediach. Ja i media. Tego jeszcze nie było i nie wiem, czy chciałabym, aby zaistniało. Co innego, gdyby to moje bajki zostały pokazane w mediach. Ale ja? Z drugiej strony kusiło mnie, bo po pierwsze mam nieco wolnego czasu, po drugie może dowiem się czegoś nowego, a po trzecie poznam nowe osoby. Gdzieś cichutko, nieśmiałym głosikiem odzywała się jeszcze myśl: a może jak wezmę udział w tym projekcie i ktoś w tych mediach usłyszy o moich bajkach, to być może zechce je poczytać? Ta cichutka myśl przeważyła szalę i nacisnęłam enter. Potem nastąpił okres ciszy i oczekiwania aż w końcu przyszła informacja o zaproszeniu na casting.
Sam casting był czadem sam w sobie. Czas na prezentację: dziesięć minut. Żadnych przerw pomiędzy poszczególnymi spotkaniami. Chciałam tak się wstrzelić, żeby ani nie przyjść za wcześnie, ani się nie spóźnić. Czułam się jak snajper, z tym, że moim celem konkretny punkt w czasie, dokładnie 16:10. Ledwie mi się udało, a tu już spadła na mnie pierwsza niespodzianka: okazało się, że osoba która miała spotkanie przede mną zrezygnowała, więc wpadłam na pierwszy ogień. Wpadłam i zamarłam: przy długim stole siedziało kilka babeczek, a po drugiej stronie stołu jedno biedne krzesło przeznaczone dla mnie. Od razu przyszło mi do głowy porównanie do komisji śledczej. Tylko, do licha, o co będą mnie pytać? Na odpowiedź nie musiałam czekać długo. Pytania posypały się jedno po drugim, a ja każde z nich odpierałam wielce elokwentną odpowiedzią:, Dlaczego się zgłosiłam? Bo pomysł wydał mi się interesujący. Co chcę osiągnąć z Domem Kobiet? Chcę wejść w głąb siebie, żeby pisać jeszcze lepsze teksty, chcę zdobyć większą pewność siebie po to, aby wyjść ze swoimi bajkami na zewnątrz. Generalnie jestem na takim etapie, że wyczerpałam wszystkie dostępne dla siebie zasoby i szukam inspiracji z zewnątrz, a Dom Kobiet wydaje się dobrym do tego miejscem – to ostatnie zdanie chyba najbardziej im się podobało. Dziesięć minut minęło jak z bicza trzasnął. W tej gorącej atmosferze nie zdążyłam nawet sięgnąć do torebki po chusteczkę do nosa. Następnie zostałam łagodnie wyproszona z zapewnieniem, że informacja o tym, czy się zakwalifikowałam, czy nie przyjdzie do mnie w ciągu dwóch tygodni. Podziękowałam i wyszłam z przeświadczeniem, że całkiem nieźle mi poszło, więc mam duże szanse.
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach, jak się potem okazało na spotkaniu była mowa o dniach a nie tygodniach. Głuchota czasem jest zbawienna, bo po wyjściu z castingu stwierdziłam, że pierwszy tydzień poczekam w spokoju, a martwić zacznę się później. Dzięki temu nie martwiłam się w ogóle. Zostałam zakwalifikowana. Huurra! I co dalej?
Ano zaczęło się. Skoro się zakwalifikowałam, przyszła najwyższa pora na to, abym przyznała się najbliższym, w jakim projekcie mam zamiar brać udział. Do tej pory im nie mówiłam, bo i po co? Żeby słyszeć zdania typu: co ty chcesz zrobić? w co się wplątujesz? i tym podobne?! Szkoda moich uszu, szczególnie w przypadku, gdyby moja skromna kandydatura nie została zaakceptowana. Ale teraz, po zakwalifikowaniu, to już zupełnie inna bajka. Jakby nie było, trzeba jakoś wytłumaczyć te popołudniowe wyjścia. Więc powiedziałam. Reakcje otoczenia okazały się nader zaskakujące. Mój facet od razu sięgnął po hasło z klasyki polskiej kinematografii: „Liga broni, liga radzi, liga nigdy cię nie zdradzi”. A potem, z dużą dozą plastyczności, o pisał scenkę obrazującą to, co będą tam robić ze mną robić: stado nawiedzonych bab, mających pretensje do siebie i całego świata, wyjmie mój niewinny umysł i tak go wypierze, że od razu będę chciała wysłać wszystkich facetów na Marsa, albo jeszcze dalej. Siostra śmiała się do rozpuku, do tej pory nie wiem, czy ze mnie czy z opisu tej scenki. Mamcia tylko zasznurowała usteczka. Uf. Jakoś poszło. Jednak, co by nie mówić, ziarno niepewności zostało zasiane i sama już nie wiedziałam, czego tak naprawdę mam się spodziewać.
Pierwsze spotkanie było w „Winnicy” przy Deptaku Bogusława. Poszłam na nie z pewną dozą nieśmiałości. Co też tam mnie spotka? Czyżby sabat czarownic, jak to w swoich wizjach opisywał mój facet? Na szczęście nic takiego nie było. Po prostu kilka kobiet spotkało się w knajpie na wieczorku zapoznawczym przy kawie i winie. Zimny dreszcz przeszedł mnie tylko w momencie, kiedy dowiedziałam się, że na następnym spotkaniu przyjdzie do nas reporterka z „Naszego Miasta Szczecin” robić z nami wywiad. Ula la. Nie wiedziałam, że zacznie się od mediów.
Diabeł spotkania z mediami okazał się dużo mniej straszny niż sobie wyobrażałam. Pani reporterka była bardzo miła, zadawała standardowe pytania i ogólnie wprowadzała atmosferę raczej luzu niż zestresowania. Zafascynował mnie jej notesik, w którym zapisywała nasze odpowiedzi. Ja mam taki sam, zapisuję w nim swoje zwariowane literackie pomysły. Przez ten notesik poczułam z nią duchową więź.
Pierwszy warsztat był warsztatem psychologicznym. No cóż, wydawało mi się, że do psychologa idzie się, gdy ma się problemy i to całkiem poważne. A ja? Czułam się zupełnie normalnie. Więc cóż będzie na tych warsztatach? Po dwugodzinnym spotkaniu naszej grupy z Sylwią, wyszłam zachwycona. Nie wiem, jak udało jej się to osiągnąć, ale połączyła swobodę i otwartość, jakie towarzyszą dobrym babskim spotkaniom, zapewne wszystkie kobiety wiedzą dokładnie, co mam na myśli, z głęboką profesjonalną terapią. Ideał, o którym nawet nie marzyłam, że może być osiągnięty.
Następne warsztaty poszły już z górki. Na wizażu dowiedziałam się, jak należy robić makijaż, żeby po godzinie szaleństw na imprezie nie spływał z twarzy, a także jakie ubrania kupować, żeby wyglądać w nich jak człowiek. Byłyśmy nawet z naszą wizażystką w sklepach, aby nauczyć się wybierać najodpowiedniejsze dla nas ubrania. Ze sklepów wyszłam z przekonaniem, że upolowanie ciucha, który byłby idealny zarówno pod względem kroju, jak i koloru, graniczy z cudem. Na warsztatach żywieniowych dowiedziałam się, że grunt to zdrowy rozsądek i że wcale nie muszę stosować drakońskich diet, a nawet nie powinnam, żeby dobrze wyglądać. Co za ulga dla mojego umysłu i ciała, które nie znoszą wszelkiego rodzaju rygorów i ograniczeń. Można odżywiać się zdrowo, będąc przy tym całkiem na luzie. To dopiero odkrycie roku.
Cały projekt jest pod hasłem rozkwitania. Uświadomiłam sobie, że z punktu czysto biologicznego, rozkwitanie kwiatu jest procesem bardzo złożonym. Aby mogło do niego dojść pączek musi być do tego gotowy, ale musi też mieć odpowiednie warunki zewnętrzne, inaczej zostanie zniszczony zanim się rozchyli. To samo dzieje się w sferze naszej psychiki. Każdy człowiek ma w sobie potencjał, ale potrzebne są też warunki zewnętrzne, które go rozbudzą. Wyobrażam sobie, że mój potencjał to haki i buty do wspinaczki. To, co przynosi mi życie to wspinaczkowe skały. Nie uda mi się bezpiecznie wejść na trudniejszą górkę bez odpowiedniego sprzętu. Te wszystkie warsztaty, w których uczestniczyłam, pozwoliły mi uzupełnić i zmodernizować mój sprzęt wspinaczkowy, mój potencjał. Teraz mogę rozejrzeć się i poszukać górki, która najbardziej mi się podoba i zacząć się na nią wspinać. I to mi się podoba!
Projekt Domu Kobiet już się kończy, a ja mogę powiedzieć, że otrzymałam dużo więcej niż się spodziewałam. Oprócz warsztatów psychologicznych, dzięki którym przyjrzałam się sobie, oprócz warsztatów wizażu, dzięki którym wiem, jak wyglądać lepiej i żywieniowych, na których nauczyłam się jak stosować drogę środka w praktyce, poznałam grono cudownych osób. I właśnie to okazało się być największą wartością. Mam nadzieję, że tak właśnie wyglądają początki pięknych przyjaźni.

















