Powyższy tekst to informacja ze strony internetowej, sztywna regułka, która zapoznaje nas z główną ideą festiwalu. W tym roku do wolontariatu zgłosiło się sześć osób z naszej szkoły. Z jednej strony zdaje się to tak niewiele. No bo w jaki sposób jedna setna kilkoro uczniów poradzi sobie z tyloma chorymi ludźmi, potrzebującymi pomocy, dosłownie, na każdym kroku? Wtedy zdawało nam się to komiczne, a zarazem trochę przerażające. Nie byliśmy do końca pewni, czy naprawdę chcemy tam iść. Nikt nie komentował głośno podjętej decyzji, ale każdy z nas wciąż, w głowie, zadawał sobie pytania: czy zniesiemy widok tych ponurych twarzy? Tego przygnębienia i smutnych oczu, które zapewne kiedyś tryskające radością, dziś przygasają, ukazując jedynie ból i ogromne cierpienie? Jednak wszystko było już ustalone – zwolnienie wisiało w pokoju nauczycielskim, a my z każdym krokiem zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie spędzić mieliśmy całe trzy dni. Nie chcieliśmy dać po sobie poznać, że tak boimy się swoich wzajemnych reakcji. Zacisnęliśmy zęby i zrobiliśmy co do nas należy.
10. września 2011r. mija piąty dzień, zakończenie festiwalu. Biblioteka, kilka straganików, biały namiot, niby naprawdę nic wielkiego. Brak jakichkolwiek szczególnych atrakcji. Z pozoru nudny festiwal, na który poszliśmy ze względu na wyświetlane krótkometrażowe filmy. Jakiś szczęśliwiec wraca z nagrodą publiczności i pierwszym miejscem za najlepszy film krótkometrażowy, organizatorzy mają sporo do zrobienia, gazety rozpisują się na temat wyglądu całego przedsięwzięcia. Ale jakie oni mają pojęcie o tym, co tak naprawdę się tam działo? Żadne. Opisują to, co zobaczyli przez te kilka minut, wciskają ludziom suche fakty, przedstawiają im łzawe historyjki o ludziach z upośledzeniem, o ludziach cierpiących i słabych, ludziach, którzy nie znają życia. Jak bardzo się mylą! Czy, mówiąc to, nie jestem hipokrytką? Moje myśli, uczucia wędrowały tym samym szlakiem, co emocje potencjalnych dziennikarzy, zmuszonych napisać artykuł do tych nudnych gazet. Jest jednak słowo, które różni mnie od nich - wędrowały. Dziś jestem innym człowiekiem, jesteśmy innymi ludźmi. Być może brzmi to, jak taki tani chwyt marketingowy, ale co innego mogę powiedzieć? Pobyt z tymi ludźmi obudził we mnie chęć do życia. Po przyjściu tam, zobaczyłam zupełnie coś innego, niż się spodziewałam. Już od progu przywitały nas radosne okrzyki, szerokie i szczere uśmiechy. Takiego czegoś nie dostrzeże się na ulicy. Krok za krokiem mijaliśmy dorosłych na wózkach inwalidzkich, chłopców niewidomych, głuchoniemych, dziewczynki z chorobą downa. Owszem, widok tego wszystkiego ściskał za serce, ale te pierwsze wrażenie było tylko chwilowym złudzeniem. Już po kilku sekundach znikały wszystkie złe myśli, wszystko odchodziło w nicość, liczyła się tylko ta pozytywna energia, energia tryskająca z tych ludzi. Ich siła, chęć do walki, odwaga stała się wirusem. Wirusem wędrującym od jednej osoby do drugiej, zarażając po kolei każdego, kogo napotka na swojej drodze. Nigdy w życiu nie przeżyliśmy czegoś tak wspaniałego. Dziesiątki wolontariuszy z całego Koszalina i Ci ludzie… ‘Nie jest ważne, kto kim się urodził, ale czym się stał’ – J.K.Rowling. Nie jest istotne to, czy urodziliśmy się niewidomi, czy z niesprawnymi nogami, najważniejsze, co dalej zrobimy ze swoim życiem. Scenariusz został ułożony, nie mamy na to wpływu, jednak tak niewiele potrzeba, aby stać się reżyserem tego filmu, w którym gramy główną rolę. Nieważne jest jacy się urodziliśmy, ważne jest do czego w życiu doszliśmy i jakimi staliśmy się ludźmi. Organizatorzy postanowili przybliżyć zdrowym osobom co muszą przeżywać ‘bohaterowie festiwalu’. Z tego też powodu na niewielkim deptaczku rozstawione zostały wózki inwalidzkie i tor przeszkód. Każdy chętny mógł w tym oto momencie choć raz wcielić się w osobę niepełnosprawną. Wystarczyło po prostu usiąść i pojechać. Zobaczyć, poczuć, co codziennie muszą przeżywać chorzy. Kiedy nogi bezwładnie opadają na dolne oparcie, a Ty nic nie możesz zrobić. Kiedy to wszyscy dziwnie się na Ciebie patrzą wzrokiem żałości i politowania zarazem. Widzisz tę mieszaninę smutku oraz pewnego rodzaju obrzydzenia na ich twarzach i nagle pojawia się ta ogromna ochota, aby po prostu wstać i pobiec. Pobiec przed siebie, oderwać się od rzeczywistości. Żyć. Ale niestety, czasu cofnąć się nie da, znów pozwraca ta bezsilność i bezradność, która zdaje się być teraz Twoim największym wrogiem…ale jesteś zdrowy. Wstajesz z wózka i po prostu idziesz przed siebie. Cały świat zwalnia swoje tempo, czas płynie bardzo wolno, chcesz teraz wykorzystać każdą sekundę swojego życia, bo masz świadomość tego, że nie wiesz, co jutro może Ci się przytrafić. Mijasz tych wspaniałych ludzi, słyszysz ich myśli, wiesz, co przeżywają, co czują, w jaki sposób patrzą na innych, jak widzą to, co ich otacza, czym jest dla nich życie. Widzisz jak bardzo jest ono ulotne i kruche, zrozumiałeś, dlaczego tak bardzo cieszą się z każdego najdrobniejszego szczegółu. Jesteś jak oni, jesteś jednym z nich. Tym jest właśnie integracja. Integracja Ty i Ja.



















