Trzeci wyjazd...
Niby wszystko znane i mało może nas zaskoczyć. Ta sama kwatera w Murzasichlu, ten sam widok na Tatry prosto z łóżka, niezmienne towarzystwo i tylko liczba potomstwa w roku na rok rośnie...
A jednak każda edycja obfituje w niespodzianki, niespodziewane zwroty akcji i nagłe zmiany planów.
Zaczęliśmy w piątek. My z Julią i Małgosią (lat 3,5), Celina (lat 3) z Martą (lat 1,5) z rodzicami oraz Lena (1 rok) z rodzicami. Ten wieczór upłynął jednak pod znakiem snu i nabierania sił na kolejne dni...
W sobotę zaczęliśmy od wysokich lotów. I to całkiem dosłownie. Postanowiliśmy podjąć próbę wjechania kolejką na Kasprowy Wierch. Nasze dzieci po raz ostatni miały szansę zrobić to za darmo, więc ustalono, że teraz albo... nie wiadomo kiedy. Zatem teraz! Pierwszym zaskoczeniem był zupełny brak kolejki do kolejki. Piękny, ciepły i słoneczny weekend, ale chętnych do wjazdu niewielu. Kolejną niespodzianką było wejście do kolejki przeznaczone dla wózków, do którego trzeba było wejść po schodach. Ale w tym temacie niewiele w naszym kraju jest w stanie mnie zdziwić.. Dzieci bardziej niż kolejką zajęte były podziwianiem potoczku oraz kamiennych mostków i trudno było je przekonać do wejścia w mury stacji. Podróż w górę upłynęła spokojnie, a najwięcej wrażeń dostarczyła dzieciom przerażająca ... mucha! na szybie, co ciekawe, siedząca po jej zewnętrznej stronie.
Na górze przywialiśmy się z Różą (1 rok) i jej rodzicami, których niecierpliwie oczekiwaliśmy od rana. Było nam dane zabrać dzieci po raz pierwszy na wysokość prawie 2000 m npm przy pięknej pogodzie. Zażyliśmy kąpieli słonecznych, zrobiliśmy mały spacerek mający na celu określenie planów na kolejne lata, wykonaliśmy również bogatą dokumentację fotograficzną.
Po powrocie do Kuźnic mieliśmy jeszcze dość czasu by zrealizować kolejne punkty programu. My rodzinnie i sentymentalnie poszliśmy na pełną wspomnień Antałówkę, inni wylegiwali się w łanach krokusów na Kalatówkach, Mikołaj (lat 1,5) z rodzicami spacerował doliną Jaworzynki, a Amelka (lat 3) z Karolem (9 mies) i rodzicami , oraz Jaś (lat 3,5) z mamą dopiero mieli do nas dołączyć.
Wieczorem spotkaliśmy się w kwaterze głównej, podzieliliśmy wspomnieniami, przygotowaliśmy plany na kolejne dni, a gawędom jak to zwykle bywa nie było końca... Kolejny dzień znów zachęcał aurą do szybkiego wyjścia. Za cel obraliśmy Polanę Olczyską, a bardziej ambitni - wybitną kulminację Wielkiego Kopieńca. Wózek znów dał sobie świetnie radę, a polana wynagrodziła nasz trud kolejnymi łanami krokusów; my nagrodziliśmy dzieci pachnącym kremem z filtrem oraz walką na bańki mydlane. Przy okaji pociechy mogły poznać w praktyce znaczenie pojęcia "wywierzysko".
Dla nas spacer powrotny oznaczał koniec wyjazdu... Nie bez żalu pożegnaliśmy całe towarzystwo, które miało przed sobą jeszcze niejeden szlak i niejedną przygodę. Z przekazów ustnych i pisanych wynika, że po naszym wyjeździe zdobyte zostały Nosal, Dolina Małej Łąki oraz Rusinowa Polana. Słońce dopingowało do kolejnych zmagań, przyroda eksplodowała tłumioną przez zimę energią. Piątego dnia ekspedycji nastąpił dla wszystkich moment definitywnego rozstania z Tatrami. Jednak zanim to nastąpiło pewien tatrzański mieszkaniec leśnych ostępów zwany Ursus arctos (łac. niedźwiedź), zapewne zauroczony żółtą chustką w kolorowe dinozaury, przewiązaną na głowie pewnej małej turystki, wyszedł w pokojowych zamiarach ze swej kryjówki i stanął na drodze naszym przyjaciołom. Niestety nie pomachał niedźwiedzią łapą na pożegnanie, na szczęście jednak pozwolił wszystkim szczęśliwie wrócić do domu.



















stronie, nie edytowałam, a tu taka niemiła niespodzianka!